Na niezwykły ruch w mieście naszą uwagę zwrócił taksówkarz, z którym jechaliśmy przez Plac Grunwaldzki. - Coś się dzisiaj w nocy będzie działo, bo esbecja gania od południa, jak wściekła - powiedział i by słowa znalazły swoje potwierdzenie wskazał na samochód, który właśnie nas wyprzedzał. W środku Fiata125p siedziało pięciu, nijakich facetów w średnim wieku. - Ot, pięciu kumpli wraca z pracy - pomyślałem i tyle. Bardziej niż poruszenie w mieście poruszała mnie uroda miasta odbijającego się w Odrze i na niej się skupiałem. Nie miałem pojęcia, jak wygląda rasowy tajniak, to i gapienie się na wszystkich nie miało sensu.
Działo się to trzydzieści lat temu, 12 grudnia wieczorem, we Wrocławiu. Wraz z Andrzejem Swacyną i Jackiem Zwoźniakiem jechaliśmy do jednego z wrocławskich klubów studenckich, gdzie mieliśmy zagrać, ostatni tego dnia, koncert. Cieszyliśmy się, bo granie w studenckich klubach było dla nas najsmaczniejszym kawałkiem chleba, którym się w tamtym czasie posilaliśmy. Koncert udał się nadzwyczajnie, a Jacek znowu wzbudził aplauz śpiewając "Piosenkę na wszelki wypadek", która mnie osobiście, ze względu na zbyt dosłowną treść, nie specjalnie zachwycała, ale publiczności podobała się bardzo i wszędzie wzbudzała entuzjazm. Leciała tak:
Kiedy przyjdą podpalić dom/ Jeśli zechcą ci go zapaskudzić/ To nie czekaj, aż zbudzi cię dzwon/ Bo się z ręką w nocniku obudzisz/ Czas odnowy, dla brudu pogardy/ Gdy dom sprząta się, myje i bieli/ Wciąż próbują nam naszczać do farby/ Jak takiego w łeb pałą nie zdzielić/ Będą słali ulotki, instrukcje/ Opowiadać rzeczy i takie/ Że widzieli tu kontrrewolucję/ Pełzającą pospołu z kułakiem/ Trza nam wytrwać w działaniu i trosce/ I uważać, bo sprawa to drańska/ Lecz za dłonią wyciągniętą ku Polsce/ W mordę lać, choćby była słowiańska/ Są w ojczyźnie rachunki krzywd/ Nadszedł czas, że pospłacać je trzeba/ Bo już w twarz nam nie będzie pluł nikt/ Choć publicznie by potem ubolewał/ I nie trzeba obstawiać się wojskiem/ Bo bez sensu dziś taka obrona/ Lecz w tę dupę wypiętą na Polskę/ Kopa dać, choćby była czerwona…
Takie to wtedy były społeczne nastroje. Radykalne, że aż strach.
Poranek potwierdził słowa kierowcy. Nawyrabiało się przez noc niemożliwie. Po ulicach łaziło wojsko i milicja, a między nimi przemykali wystraszeni wrocławianie. W powietrzu czuć było powszechne niedowierzanie i zdziwienie. Nim dotarliśmy z Andrzejem do domu Jacka i nim do nas dotarło to, co się stało, upłynęło sporo czasu. Piliśmy herbatę za herbatą i zastanawialiśmy się, co będzie dalej? Żadna logiczna przyszłość w naszych głowach się nie pojawiała. Jasne było tylko to, że jest stan wojenny i nasze kolejne koncerty zostały odwołane, a my zostaliśmy bez środków do życia.
Bez przeszkód, choć w niemiłosiernym tłoku, pociągiem wróciłem do Trójmiasta. Po drodze, co mnie także zdziwiło, mimo, że taszczyłem ze sobą futerał z gitarą w środku, nie byłem ani razu kontrolowany. Nikomu z licznie mijanych patroli nie przyszło do głowy, że mogę w nim coś niebezpiecznego przemycać. Może nie wyglądałem na działacza Solidarności, tak jak tajniacy nie wyglądali na tajniaków, a stan wojenny na wojnę, choć stroił miny, że aż strach.
W domu paniki także nie było. Asia uznała, że ta wojna polsko-jaruzelska, jak ją wkrótce nazwano, to kolejna kłoda, jaką nam życie rzuca pod nogi i należy ją po prostu jakość przeskoczyć.
Wypocząwszy po podróży postanowiłem udać się z wizytą do Janusza Kasprowicza - ówczesnego, zawsze świetnie poinformowanego sekretarza redakcji pisma gdańskiej Solidarności - “Samorządność”. O dziwo nie internowali go i był w domu. Janusz powiedział mi tyle, ile już wiedziałem - jest stan wojenny i cholera wie, jak to się je. Nie mogąc mi powiedzieć nic więcej podarował mi ostatni, trzeci numer swojego pisma, który nigdy nie ujrzał czytelnika. Cały nakład, 250 tysięcy egzemplarzy, został skonfiskowany i zniszczony. Mam, ten rarytas do dzisiaj i gdy zastanawiałem się teraz, 13 grudnia, co ja robiłem trzydzieści lat temu, przypomniało mi się, że gdzieś w szpargałach wciąż tkwi tamten uratowany egzemplarz gazety. Odnalazłem go.

A gdy odnalazłem i zacząłem przeglądać, to cofnąłem się o trzydzieści lat. Znowu byłem we Wrocławiu, jechałem taksówką, zbudziłem się zdziwiony, wracałem do domu zatłoczonym pociągiem i odwiedzałem Janusza, a potem z zakazaną gazetą przemykałem przez Gdańsk. Nie pamiętam, czy wtedy, przy niedozwolonej lekturze zwróciłem jakąś szczególną uwagę na jeden z wywiadów. Chyba nie. Teraz wywiad ten rzucił mi się w oczy od razu.

Przeczytałem i doznałem deja vu, tyle, że odwrotnego. Otóż Macierewicz już wtedy był anty, przeciw, na przekór i na złość… nie tylko Kuroniowi.
Trzydzieści lat minęło, jak jeden dzień. I ja i Janusz mamy się dobrze. Janusz porzuciwszy dziennikarstwo tylko czasami narzeka na tych, którzy po odzyskaniu wolności i przejęciu władzy zmienili się, że aż strach. Ja staram się nie narzekać.