18 czerwca, 2015

Nieprzeciętny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:03
         Zacny Marcin Jacobson przypomniał mi na Facebooku, że dzisiaj mija 26. rocznica tragicznej śmierci Jacka Zwoźniaka i Kuby Wencla – dwóch przyjaciół, których przez całe krótkie życie łączyła pasja do muzyki, do piosenki i do żartu. Byli zaprzyjaźnieni także ze mną. O zapomnianym już prawie zespole BABA, który Jacek z Kubą i Markiem Ferdkiem założyli w 1975 roku we Wrocławiu i z którym zdobyli wszystkie główne nagrody na wszystkich fajnych festiwalach piosenki w Polsce, w tym też na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, pisałem nie raz.



          Szczególnie często wspominałem w „Codziennościach” Jacka Zwoźniaka, z którym łączyła mnie kolorowa i piękna przyjaźń, mająca wiele smutnych i wesołych odsłon. Przechodziła ta nasza zażyłość niejedną próbę czasu, kolebiąc się na zakrętach charakterów i trwale trwała w uczuciach.
          Rocznice śmierci przyjaciół poruszają emocje, które zdawałoby się są już odległe, zamglone i zwietrzałe, ożywiają wspomnienia i klepią po ramieniu wzruszenia, które wstydliwie spoglądają wstecz. 
         Zazdrościłem Jackowi iskry, żaru i chęci do życia, witalności, talentu muzycznego i literackiego, poczucia humoru i wszystkich tych zasad, którymi kierował się przy wszelkich swoich życiowych wyborach. Od dziecka był nieprzeciętny i żywiołowy, co potwierdza reportaż z Radia Wrocław, który dotarł do mnie niedawno:
http://www.prw.pl/articles/view/40422/Jacek-i-jego-Mama
          Jacek z Kubą zginęli 18 czerwca 1989 roku w wypadku samochodowym, gdy wracali wieczorem „maluchem” Kuby  z Festiwalu w Danielce do Wrocławia. Kuba jechał prawidłowo, lecz jakaś Ślązaczka, jadąca Mercedesem z Niemiec do Opola, a może Katowic, postanowiła wyprzedzać na wąskiej szosie na tzw. trzeciego. Chłopaki nie mieli żadnych szans. Zginęli na miejscu. Mówiło się później, że Ślązaczka zapłaciła jakąś kaucję – jakby rozjechała dzika, łanię czy jelenia – i tyle ją widziano. Cóż, zmiany w prawie, sprawiedliwość, jakiś ład i nowy porządek – wolność i niepodległość, o czym Jacek wciąż marzył, dopiero raczkowały.
          Rok temu, w 25. rocznicę śmierci Jacka i Kuby, wraz z Adamem Drągiem, wielce niedoskonale zaśpiewaliśmy na reaktywowanym Festiwalu w Danielce kilka piosenek zespołu BABA. Zauważyłem wtedy, że wszyscy, którzy z nami śpiewali, byli autentycznie wzruszeni przypomnieniem Babowo-Jackowych piosenek. Mnie natomiast zaskoczyło i wzruszyło do łez wydarzenie, które miejsce miało kilka minut przed koncertem, gdy podeszła do mnie nieznana mi pani i wyjęła z torebki kilka zdjęć. Na zdjęciach zobaczyłem Jacka sprzed dokładnie 25 laty w Danielce, gdy jako „gwiazdor” i ważny gość festiwalu dopingował początkujący zespół owej właścicielki fotografii – Nataszy Maraszek.  Na jednym ze zdjęć widać na drugim planie Kubę Wencla, odwróconego tyłem do fotografa, gdy wsiada do samochodu, tuż przed podróżą do Wrocławia. Są to ostatnie zdjęcia w życiu Jacka i Kuby.



          Poprosiłem właścicielkę zdjęć o przesłanie mi ich kopii. Po jakimś czasie otrzymałem przesyłkę i list z opisem:
„Dzień Dobry. W załączeniu przesyłam zdjęcia – Danielka '89, zdjęcia z 18.06.1989 r. Na zdjęciach zespół „Stokrotki" w składzie: Alina Żyborska, Joanna Żyborska i Natasza Maraszek. Nagroda publiczności za piosenkę „Jesień"  :) Na zdjęciach jest także Jacek Zwoźniak – nasz największy fan i opiekun oraz honorowy autor piosenki. Nie pamiętamy niestety kto nam grał na gitarze. Pozdrawiam Natasza".









          Zdjęcia przypomniały mi inne, wcześniejsze moje rozstanie z Jackiem, który nie był jeszcze laureatem Złotego Knebla na Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki" w 1981 roku w hali Olivii w Gdańsku, współautorem w kabarecie, do którego mnie zaprosił i autorem oraz wykonawcą sławnej „Raggazy da Napoli"...



          Działo się to późną jesienią 1978 roku. Porzucając studia w Olsztynie postanowiliśmy wrócić do rodzinnych miast – ja do Gdańska, Jacek do Wrocławia. Zostawialiśmy za sobą fascynujący i burzliwy okres w stolicy Warmii i Mazur, mając nadzieję, że przed nami są nowe, piękne dzieje i wyzwania. Szybko się jednak okazało, że nie jest łatwo wrócić po kilku latach na stare tory. Nic w naszych miastach nie było takie samo, jak było, gdyśmy je zostawiali. „Rzeczy już inne, modlitwa inna i Bóg by karać..." – napisałem w jakiejś piosence. Taki powrót „donikąd" rodził frustrację. Pamiętam, że czułem się wówczas w Gdańsku okropnie samotny i zagubiony. To się za kilka miesięcy diametralnie miało zmienić, ale na razie nie miałem się do kogo odezwać. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale nie było wtedy Internetu, Facebooka i Skype'a, a ja w domu nie miałem nawet telefonu. W tej sytuacji pozostawały tylko listy. Znalazłem jeden z nich, z datą 31 stycznia 1979 r., pisany, jak to u Jacka, na maszynie i na kolorowych kartkach. Każda strona innego koloru, ale całość, jak zawsze – ciepła i krzepiąca. Nie pamiętam, choć mogę się domyślać, o czym pisałem do Jacka, ale z rozrzewnieniem wracam do jego odpowiedzi. Niech fragmenty z Jacka listu będą puentą i zakończeniem dzisiejszego wspomnienia o niezwykłym i prawdziwie nieprzeciętnym Jacku, który napisał „Poeta ma pióro i stół...".





13 czerwca, 2015

Dziadkowe morgi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:24
Podróżując niedawno przez Mazowsze zapragnąłem odwiedzić miejsce, w którym urodził się tata mojej mamy, czyli mój dziadek. Dziadek Stanisław przyszedł na świat pod koniec XIX wieku w cudnej, sielskiej i anielskiej wsi Jagodne, niedaleko Siedlec. Pojechałem tam i mimo zakazów odwiedziłem dziadkowe morgi. Z rodzinnych wspomnień wiedziałem, że wieś, otoczona ze wszystkich stron wielkim lasem, zwanym Jatą, dawała swym mieszkańcom życie spokojne i szczęśliwe. Nawet podczas II wojny światowej było w Jagodnym jak u Pan Boga za piecem, bo Niemcy odwiedziny we wsi zaryzykowali ponoć tylko raz, i to na początku wojny w 1939 r. Za to częstymi gośćmi byli partyzanci z licznych, operujących na tym terenie oddziałów. Babcia mówiła, że w Jagodnym podczas wojny karabiny na płotach wisiały obok glinianych garnków, gdy partyzanci do imentu się zasiedzieli w gościnie. Czarna godzina na wieś przyszła po wojnie. Latem 1953 roku władze postanowiły mieszkańców wsi wysiedlić, a w jej miejscu urządzić poligon i cel dla wojskowych samolotów. O tym, że wielka połać dziko zarośniętej ziemi była kiedyś spleciona z ludzkimi losami świadczą rosnące tu i ówdzie drzewa owocowe i nieliczne kwiaty z wiejskich zagród. Może to kwiaty mojej prababci. Może...














23 grudnia, 2014

Życzeń wielka moc...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:56
          Święta Bożego Narodzenia od dzieciństwa były dla mnie świętami zapachów. Śnieg zasypywał miejski nieporządek, mróz ścinał cuchnące kałuże i wtedy klatka schodowa w naszej starej kamienicy zaczynała pachnieć świeżością. W całym domu unosił się zapach mytych podłóg i okien, zapach wykrochmalonego obrusa i wyprasowanych firan. Pod wieczór zapachy pieczonych ciast i wędlin zaczynały się mieszać z zapachem ubieranej choinki. Gdy mama z szafy wyjmowała pomarańcze, czułem, że nadszedł czas świąt.



          Dzisiaj tamtych zapachów już nie ma. Pomarańcze nie pachną wyjątkowością, podłogi szarym mydłem, a obrusy krochmalem. Nie mieszkam już w starej kamienicy, śniegu w ostatnich latach jak na lekarstwo, a z pieczeniem... któż to by sobie tym głowę zawracał. Nawet choinka traci zapach przy tych wszystkich środkach i detergentach do szyb, do podłóg, do mebli, do prania. I tylko jeden zapach wciąż się powtarza - zapach oczekiwania.



          Oczekiwanie pachnie nadzieją, więc wszystkim życzę pięknej, pachnącej nadziei, która na pewno się spełni. Trzeba tylko wierzyć i pamiętać o tych, którzy też wierzą, że im się los odmieni na lepsze. Pamiętajmy o sobie nie tylko przy choince. Wszystkiego dobrego.
          Do życzeń dołączam pastorałkę, którą napisałem kiedyś ze ś.p. Zbyszkiem Rojkiem dla naszego zespołu. Kilka lat temu Zbyszek nagrał ją jeszcze raz, a wczoraj Marysia z Poznania ubrała nasza kolędę w obrazy. Niech ta piosenka przypomina nam, że w życzeniach zaklęta jest wielka moc.

26 listopada, 2014

Liść opadł

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:50
                Trawestując nieco dzieło Perfectu... Gdy ostatni liść opadnie, jak po wielkiej bitwie kurz..., to sezon letnich radości się skończy i zostanie mi już tylko czekać na nową wiosnę i kolejne lato. Pisałem wcześniej, że takiego lata, jak to w tym roku, nie pamiętam. Zaczęło się ono dla mnie rejsem po Jezioraku, zaraz po świętach wielkanocnych, a zakończyło, gdy niedawno, już w listopadzie, w T-shircie paradowałem po ogrodzie i poczułem chłód, mimo południowego słońca.
Nim ten ziąb mnie ogarnął, pod koniec września ruszyłem do Iławy, by zamknąć sezon tam, gdzie go otworzyłem. Okazało się wkrótce, że uczyniłem to nader pochopnie, przynajmniej o miesiąc za wcześnie. Rejs, niby jesienny, udał się tak samo, jak ten w środku lata. Asia, która nie specjalnie przepada za żaglami, po raz wtóry w tym roku zachwycona była ciepłą i słoneczną pogodą, przyprawioną smacznie dobrym wiatrem. Bujając się po starych kątach Widłąga i Jezioraka z przyjemnością skonstatowałem, że tegoroczny sezon dla mojego uczucia do Jezioraka był wyjątkowo udany. Dzięki przyjaźni z Tadziem Świstem, właścicielem mariny "Skarbek" i pogodzie odwiedziłem Iławę w tym roku cztery razy, za co niebu i Tadziowi, który okazał się dobrym duchem moich wypraw, jestem niezmiernie wdzięczny. Chciałem kończyć sezon we wrześniu, ale piękne lato nie miało jeszcze na to ochoty, na czym, oprócz nas, skorzystały też iławskie kaczki.



  Dawno mnie tu, na moim blogu nie było. Nie, nie zapomniałem, po prostu inne zajęcia nie pozwalały przysiąść na dłużej. Przez trzy miesiące zdarzyło się wiele i niewiele, bo w sam raz... Ot, pogonił mnie z uwagą czas koncertowy, czas rejsowy, rodzinny i remontowy. W końcu przyszedł listopad, i choć remont wciąż trwa, to na czas refleksji czasami reflektuję. Zamyślam się więc listopadowo, jesiennie, sentymentalnie, melancholijnie, lirycznie i nostalgicznie.
          Nie tylko pora roku i pogoda sprzyja zadumie. Dostałem niedawno od Piotra Kłeczka listopadową piosenkę napisaną i wykonaną przez niego do wiersza niemieckiej poetki Maschy Kaleko pt. Memento zasłuchałem się w niej nie na żarty. Oto ona:



          Co się odwlecze, to nie uciecze i jesień w końcu, nie tylko ta życiowa w piosence, musiała nadejść. Chcąc nie chcąc, i duchem, i ciałem musiałem ogłosić definitywny koniec sezonu 2014. Uczyniłem to sam przed sobą i w sobie, chyba w najlepszych dla siebie okolicznościach - podczas listopadowego koncertu w Gdańsku, Myślę, że ten właśnie moment uchwyciła na swojej fotografii Kinga Jarzyna. 

W. Chyliński listopad 2014

      Jak było na początku, tak będzie teraz i zawsze, i... melancholia zagląda mi przez okno każąc wspominać wydarzenia nie tylko te z ostatniego roku. Jest w listopadzie taki nastrój, że człowiek ma nadzieję będąc jednocześnie zupełnie przekonany o jej braku.
Nim więc zima sentymenty zamrozi w zamrażalniku uczuć przypominam swoją listopadową piosenkę - Koniec imprezy.




02 września, 2014

Muzyczne Babie Lato

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:32
          Już w poprzednim wpisie wspominałem, że tegoroczne lato zaczęło się dla mnie na początku wiosny. Dokładnie, to zaczęło się moje lato w Iławie, gdym z Leszkiem Szczechulą zaraz po świętach wielkanocnych wypłynął na Jeziorak. Przyszło w kwietniu z dobrą pogodą, z wiatrem i słońcem, i trwa... jak żadne dotąd. Szczerze mówiąc, nie pamiętam tak długiej, pięknej i gorącej tej pory roku. Wrzesień za oknem, a lato wcale nie chce się witać z jesienią. Pięknie, po prostu pięknie, choć nie mam złudzeń - do Bożego Narodzenia nie dociągnie.
          Pewnie jak większość rodaków, sierpień spędziłem słonecznie i po części leniwie, choć zaskoczeniem - nawet dla mnie - był mój niespodziewany udział w autorskim koncercie Piotra Bakala. Recital Piotra odbył się w połowie miesiąca w Matytach nad Jeziorakiem w niezwykłym gospodarstwie agroturystycznym "Przystań" - Doroty i Jacka Sawczyńskich. Tym razem znalazłem się tam przez zupełny przypadek. I dobrze. Stałem się artystycznym gościem występu Piotra będąc równocześnie normalnym gościem Doroty i Jacka. Taki ze mnie gość, że goszczę za jednym razem dwa razy i całkiem mi z tym dobrze. Publiczność dopisała, więc było miło i melodyjnie do późnej nocy.
          Od dawna natomiast wiedziałem, że na koniec miesiąca czeka mnie podróż w Beskid Żywiecki, do uroczej chaty w górach, na reaktywowany rok temu festiwal zwany "Danielką". Nieoczekiwanie okazało się, że zrodził się też plan byśmy z Adamem Drągiem w drodze na "Danielkę" zagrali również w Bielsku-Białej. Zaprosił nas do swojego miasta Piotr Skucha, sławny członek sławnego,dwuosobowego kabaretu "Długi", który przez wiele lat w radiowej Trójce trzymał autorski program "Parafonia". Wraz z nami udział w kolejnym spotkaniu z piosenką niebanalną miał wziąć udział Antoni Muracki, przez przyjaciół zwany Tolkiem. Tolek, znakomity poeta, kompozytor, autor tekstów, scenariuszy i Bóg wie jeszcze jakich przedsięwzięć artystycznych, jest także "ojcem chrzestnym" popularności w Polsce czeskiego barda Jaromira Nohawicy. Nie tylko przetłumaczył kilkadziesiąt tekstów Jaromira, nie tylko popularyzował gdzie mógł jego twórczość, to na dodatek organizując koncerty czeskiej gwiazdy, zorganizował też grono znakomitych polskich artystów w pomyśle nagrania dwupłytowego albumu "Świat wg Nohavicy". Cudnie mu ten pomysł wyszedł, a ja - od czasu ukazania się tego albumu - nie rozstaję się z nim i co kilka dni, jadąc samochodem, przypominam sobie piosenki Jaromira śpiewane przez Tolka, Elę Wojnowską, Edytę Geppert, Zbyszka Zamachowskiego , Artura Andrusa, Krzysztofa Daukszewicza, czy Mirka Czyżykiewicza. Coś niezwykłego!
          Choć początkowo, ze względu na "nagłość", do pomysłu koncertu w Bielsku-Białej nie byłem przekonany, to wiadomość, że towarzyszył nam będzie w tym przedsięwzięciu Tolek przekonała mnie zupełnie i do końca. Na miejscu okazało się, że Piotr mimo trwającej jeszcze pory urlopowej znakomicie się do naszego przyjazdu przygotował i w efekcie przez prawie dwie godziny, wraz z publicznością bawiliśmy się piosenkami świetnie. Były bisy, były autografy, była satysfakcja i przyjemność z bycia artystą w Bielsku-Białej. Poniżej zamieszczam zdjęcia, jakie na Facebooku opublikował Rafał Gacek, które w jakimś stopniu dość dobrze oddają atmosferę naszych występów.






     



 
 od lewej Adam Drąg,Tolek Muracki, Waldemar Chyliński

Po koncercie, kolacji i długich, nocnych rozmowach padliśmy w objęcia snu, by następnego dnia kontynuować podróż, u której celu, w Ujsołach stała sobie ta oto chatka:



Jako goście koncertu i jurorzy konkursu zatrzymaliśmy się u sąsiada festiwalu, którym okazał się przemiły Jacek - biznesmen z Sosnowca, a zarazem fan piosenki z tekstem. Jak mi sam powiedział, początkowo z Danielką "darli koty", ale szybko okazało się, że dużo trudniej jest im żyć bez siebie, niż z sobą i zostali przyjaciółmi na tyle, że dom Jacka - nie wiem czy - "...bukowy koniecznie..." ale "... otworem stoi dla takich jak my..."



Czas słuchania konkursowiczów przebiegł nam szybko, bo było czego słuchać i czym się zachwycać...



Znakomicie bawiła się też publiczność:





Słuchając i bawiąc się trzeba było jednak co jakiś czas przypomnieć sobie, że my... tzn. Adam Drąg, Beata Jelonek - szef szefów Giełdy w Szklarskiej Porębie , ja, Jurek Krużel - Polskie Radio Rzeszów,  Michu Michalski - wydawca łagodnych pieśni na płytach i Mariusz  Ziółkowski zwanym Rosołem) jesteśmy w pracy, tj. w jury..


fot. www.odziezturystyczna.pl

Wieczorem przyszedł czas na nasze śpiewanie.


fot. www.odziezturystyczna.pl



A potem długo w noc debatowaliśmy nad werdyktem, bo o ile z wytypowaniem zwycięzcy nie mieliśmy kłopotu i głosowaliśmy na niego jednomyślnie, to już z rozdziałem reszty nagród był problem. Zdaniem wszystkich jurorów laureat - przyznanej w tym roku w drodze wyjątku - nagrody Grand Prix - Kuba Blokesz...


fot. Gosia Kawka
...odskoczył poziomem swej sztuki od reszty na tyle daleko, że trudno było znaleźć sposób, wg którego dałoby się współmiernie ocenić innych wykonawców. Po kilku godzinach dyskusji sposób się znalazł i wtedy wszystko poszło już gładko. Kuba jest młodym, bardzo utalentowanym dwudziestoletnim człowiekiem. Nazwaliśmy Kubę artystą kompletnym, bo pisze bardzo dobre teksty, świetnie komponuje i gra na gitarze, a na dodatek los obdarzył go totalnie fajnym głosem, z którym on wie co robić. Nie słyszałem o Blokeszu wcześniej, choć odnosił już sukcesy, ale jestem pewien, że nawet gdybym się przestał zupełnie interesować piosenką, to jeszcze o nim usłyszę. Polecam Kubę wszystkim serdecznie, bo jest kogo polecać, a obcowanie z nim oraz jego twórczością, to czysta przyjemność. Tak, jak czystą przyjemnością było być w tym roku na Danielce. Festiwal ten przypomniał mi swoją atmosferą moje wszystkie festiwale studenckie. W Ujsołach odnalazłem kawałek swojej młodości. Polecam uczestnictwo w latach następnych.



          W niedzielę otworzyła się przede mną 700-set kilometrowa droga do domu. Całe szczęście, że do Torunia jechał ze mną Adam, a w Toruniu mogłem odwiedzić tę, co to kiedyś dla niej, i o niej, napisałem piosenkę " W Toruniu". Odpocząłem chwilkę, by w nocy, cały i zdrowy,  w miarę niezmęczony zameldować się w Gdyni. A na drugi dzień rano...
          Na drugi dzień rano obudził mnie listonosz z przesyłką. Polskie Nagrania, firma poważna i z tradycjami, przysłała mi autorskie egzemplarze dopiero co wydanej płyty pt. "Muzyczne Babie Lato". Płytę tworzą piosenki różnych wykonawców. O swojej płycie wydawcy z Polskich Nagrań piszą, że jest to: 
"Nastrojowa kompilacja ze wspominkowymi i nostalgicznymi piosenkami, ale nie tylko. Składają się na nią ciepłe i pozytywne utwory w wykonaniu mistrzów tworzenia nastroju. To niezwykły wybór wyjątkowych utworów muzyki pop lat: 50-tych,60-tych,70-tych i 80-tych. Płyta pełna zmysłowości..."
To, że na CD znalazła się piosenka Kazia Lewandowskiego i moja "Sen na spokojne dni" w wykonaniu Beaty Bartelik (to już szóste wydanie tej piosenki) nie było dla mnie niespodzianką, ale to, że ukazała się jako trzeci utwór...



....w  znakomitym towarzystwie przebojów w wykonaniu Andrzeja Zauchy, Grażyny Łobaszewskiej, Ireny Jarockiej, Sławy Przybylskiej, Skaldów, Krzysztofa Klenczona, Zdzisławy Sośnickiej, zespołu Dwa Plus Jeden i innych, to już z pewnością było dla mnie miłym zaskoczeniem i dobrym początkiem dnia w poniedziałek. Dzisiaj jest wtorek i trwa lato... babie. 
Dobrej i ciepłej aury wszystkim życzę. Do następnego napisania i przeczytania


     
18 sierpnia, 2014

Każdego dnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:28
          Każdego dnia dzieje się coś. Każdego dnia pesymista przygotowuje się na najgorsze, a optymista wierzy w sukces. Każdego dnia cieszę się z lata, które dla mnie w tym roku zaczęło się 20 kwietnia i trwa, trwa i trwa... A jako pesymista z rosnącą melancholią czekam już na jesień i zimę. Cykl ma swoje prawa i nikt tego nie zmieni. Na szczęście są takie przestrzenie w rzeczywistości człowieka, które siłom wyższym nie podlegają. No, chyba, że zaczniemy się zastanawiać nad teorią wszechmogącego przypadku, zbiegu okoliczności, czy fiksum - dyrdum.
          Dzisiaj w Radio Tok FM usłyszałem fachowca od badań sondażowych, który mówił coś takiego: "... i wiadomo, że w rankingach miast zawsze wygrywa Gdynia, tylko jak zapytać gdynian, co tak właściwie sprawia, że są dumni ze swojego miasta, to się niczego konkretnego nie dowiemy..." Podejrzewałem, to od dawna, odkąd zamieszkałem w Gdyni. Naprawdę starałem się tym miastem zauroczyć, pokochać je, choćby polubić i... lata mijały, a me serce ani drgnęło. Nie ma w tym mieście niczego takiego, czego nie można znaleźć w innych miastach. Cały urok Gdyni skupia się przy Skwerze Kościuszki i przechowuje w przedwojennym micie - miasta z morza i marzeń. Fakt, można się rozmarzyć, gdy się patrzy na brzeg morza w Gdyni

fot. W. Chyliński

Można nawet dostać zawrotu głowy, gdy się w innym miejscu miasta zerknie w górę:

fot. W.Chyliński

Ale gdy się na Gdynię spojrzy z pewnej dali, to ten "zawrót głowy" niczym fallus sterczy i wystaje z całkiem przeciętnego organizmu miejskiego.

fot. W.Chyliński

Moja ulica w Gdyni z pewnej odległości też ma swój urok...

W.Chyliński

... ale gdy się jej z bliska przyjrzeć, to...

fot. W.Chyliński

... wielkomiejskość Gdyni wprost rzuca się w oczy. I nie jest to uliczka gdzieś na obrzeżach miasta, a droga tuż przy jednej z głównych, gdyńskich arterii. By się nie użalać dodam, że w sąsiedztwie, na innych ulicach jest jeszcze gorzej. Chodzimy po dziurach, przeskakując kałuże, ale za to możemy odlecieć, bo mamy nikomu nie potrzebne lotnisko. Mamy nową i dumną Trasę Kwiatkowskiego, mamy jakieś "słoiki"...



... ale tuż obok Trasy mamy niezmieniony, przedwojenny jeszcze Pekin i takie budowle w dawnym Orłowie...



          Może się czepiam, ale w przeciwieństwie do większości gdynian nie daję się omamić reklamie - spoty w TV, darmowe koncerty, czy pokazy latających samolotów. Nie kręci mnie propaganda Urzędu Miejskiego, na którą idą miliony złotych z miejskiej kasy.
          W Gdyni podoba mi się tylko to, że mieszka tu paru fajnych ludzi, a wśród nich ci, którzy stworzyli zespół "Wolny Przedział".
Piosenkę "Każdego dnia" napisałem wiele lat temu dla Beaty Bartelik, która również mieszka w Gdyni. Teraz nawet mieszka niedaleko mnie, przy czym jej ulicę jakiś czas temu, jakimś cudem wyremontowano. W przeciwieństwie do piosenki "Sen na pogodne dni" piosenka "Każdego dnia" poważnie zaistniała tylko raz - w całkiem niezłym programie telewizyjnym, który był właściwie recitalem Beaty. Teraz z zakamarków pamięci na światło dzienne piosenkę tę wydobył Zbyszek Szukalski, a przepięknie, z dużą dbałością o detal odświeżyła Arleta Rusiecka. Całość udanie nagrał Wolny Przedział, któremu niniejszym serdecznie dziękuję. W przeciwieństwie do Gdyni, która "...każdego dnia chciałby Gdańska rolę grać..." nasza piosenka nie udaje niczego. Po prostu jest. Znowu jest.




27 lipca, 2014

Rosjanie, jedźcie na wieś

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:22
          Cholera, wygląda na to, że prawie wszyscy Rosjanie zwariowali. W ich głowach tłuką się jednocześnie kontrofensywne przeświadczenia o zagrożeniu i supermocarstwowości. Pewnie nie będą spali, dopóki świat w strachu przed nimi nie zadrży w posadach i nie padnie na kolana. Biedny kraj, biedny naród. Staram się nie lękać i nie przejmować zbytnio tym, że na wschodzie odżył kolejny szalony führer – Putin. Nim ten debil zdoła podpalić świat, może by ktoś wpływowy zechciał podpowiedzieć Rosjanom: dajcie na luz, pomyślcie o czymś przyjemnym i jedźcie na wieś odpocząć. Już takie Putiny rządziły kiedyś na świecie i nikomu to na dobre nie wyszło.
          Mimo że nie cierpię na przerost ambicji i nie gnębi mnie żaden strach, to w trosce o zdrowie psychiczne i jakość moich piosenek kilka dni temu postanowiłem ruszyć się z domu, by na zaproszenie Adama Drąga – kompozytora, autora tekstów i barda, z którym ostatnio z dużym zadowoleniem koncertuję – odwiedzić go w jego uroczej samotni pod Toruniem.

dom Adama Drąga

Adam przywitał mnie serdecznie...





i gościł po królewsku, sam przyrządzając pyszne posiłki. Tak jak chciał, czułem się, jak u siebie w domu.



Podjadłszy nieco siadaliśmy na tarasie...,



a tam śpiew ptaków mieszał się czasem z radosnym śmiechem dzieci, kąpiących się w pobliskim jeziorze. Na ogół jednak nasz zmysł słuchu pieściła cudowna, wiejska cisza. Nasze sjesty nie trwały zbyt długo, bo dom Adama, to dom muzyka...,



gdzie na poddaszu nie tylko gitarzysta znajdzie swój kawałek raju.



Grać u Adama można niemal w każdym miejscu, ale mnie najbardziej przypadł do gustu wygodny kącik prób w salonie, naprzeciwko kuchni. Zagrać, zagryźć, zaśpiewać, ot co...



Tam mi się z Adamem...



najlepiej grało...



i śpiewało.

Adam Drąg i Waldemar Chyliński

Co dobre zawsze szybko się kończy, więc i mnie przyszło się w pewnym momencie pożegnać z gościnnym domem Adama Drąga, domem wymyślonym na 102...



Odjeżdżając zerknąłem w lusterko wsteczne i zauważyłem, że zegar na ścianie domu już zaczął odliczać czas do mojej ponownej wizyty na wsi pod Toruniem. 



Dzięki Adamie za wszystko, było pięknie, pysznie i wygodnie. Do zobaczenia wkrótce :)
12 lipca, 2014

Początek i koniec

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 08:12
          Początek każdej sprawy zazwyczaj budzi nadzieję. Niewiadoma karmi wyobraźnię, a że nie lubimy smutnych zakończeń, to dopóki  końca nie widać, łudzimy się każdą jasną perspektywą. Rozsądek podpowiada, iż życie należy planować tak, by przyszłość w jak najmniejszym stopniu zależna była od przypadku, złośliwości losu i natury, czy logiki chaosu. Niestety, zdarza się, że wydarzenia zaczynają wokół człowieka wirować niczym trąba powietrzna i to, co nas spotka za rok, czy za chwilę, jest równie nieodgadnione jak sens życia.
          Początek tego lata miałem smutny. Pod koniec czerwca zmarł mój wuj – Tadeusz Kozak. Lubiłem go od dziecka i darzyłem – jak wszyscy, którzy go znali – ogromnym szacunkiem. Wuj człowiekiem był niezwykłym – wychowywał się prawie sam, gdyż matkę stracił wcześnie, podczas nalotu 1 września 1939 roku, na drodze z Warszawy do Siedlec. Mój dziadek i mama wujka byli rodzeństwem. Z tej przyczyny wuj w czasie wojny  często mieszkał w Olszycu Szlacheckim, rodzinnej wsi mojej mamy. Był ulubieńcem mojej babci, która do końca swego życia traktowała go jak syna. Był żołnierzem AK, który w wieku 19 lat walczył w Powstaniu Warszawskim, na Żoliborzu, pod dowództwem ppłk. Mieczysława Niedzielskiego ps. „Żywiciel". Potem był w obozie w Niemczech, a gdy wrócił do ruin stolicy, nie miał tam już czego szukać. Jak większość mojej rodziny w pierwszych latach po wojnie przeniósł się na Wybrzeże i zamieszkał w Gdańsku. Tu, zatrudniwszy się w porcie, skończył studia na Politechnice Gdańskiej i aż do emerytury pracował w przemyśle okrętowym. W 1955 roku ożenił się z przepiękną inżynier geolog Krystyną. Do teraz żyli szczęśliwie. Niby się można było tego spodziewać, bo gdy człowiek dochodzi 90. roku życia, to rzeczą naturalną jest umrzeć, a jednak za każdym razem wiadomość o śmierci spada jak grom z jasnego nieba i to się już chyba nigdy nie zmieni. Nadzieja na życie wieczne na ziemi nie opuszcza nas do samego końca. Wbrew logice, doświadczeniu i wiedzy nie chcemy tracić, nie chcemy się rozstawać i zapominać.
Żegnaj wujku, a może – do zobaczenia. Dziękuję Ci za wszystkie dobre chwile, które spędziłem razem z Tobą.
         Morze tego roku szumi słońcem już od wiosny. Nic tylko chcieć żyć i cieszyć się każdego dnia początkiem.



          Kto czytał moje poprzednie wpisy, ten wie, że od początku roku, wraz z legendarnym w środowisku poezji śpiewanej i piosenki turystycznej – Adamem Drągiem stworzyliśmy duet Jako taki specyficzny „tandem wykonawczy" w ostatnich dniach czerwca zostaliśmy zaproszeni na jubileuszowy koncert Bazuny. Bazuna była jedną z pierwszych studenckich imprez na jakiej byłem, jeszcze jako uczeń szkoły średniej. Najpierw jako autor, potem już wykonawca wtapiałem się tam w środowisko kultury studenckiej. Później, przez czterdzieści lat nie miałem okazji, aż tu dwa lata temu z okazji 40. Bazuny i teraz, z okazji jubileuszu jej organizatora – klubu FiFy, byłem dwukrotnie zaszczycony zaproszeniem, z którego chętnie skorzystałem. Taki wypad na imprezę po ponad czterdziestu latach to nie tylko czas radosnej zabawy, ale także dużej refleksji. Tak było dwa lata temu i nie inaczej w tym roku.

od lewej Adam Drąg i Waldemar Chyliński

Choć z racji odległych miejsca zamieszkania spotykamy się z Adamem tylko na koncertach, to nadrabiając czas przeszły w imię przyszłości bawimy się znakomicie. Koniec początku niekoniecznie zaraz musi być początkiem końca, o czym śpiewamy w naszej wspólnie napisanej lat temu czterdzieści „Piosence bez tytułu":



Teraz czeka nas kolejny koncert i ponownie z Adamem wybieramy się w muzyczną podróż na południe Polski, ale nim to nastąpi obchodzić będę pierwsze urodziny mojej młodszej wnuczki Majki.



Iga dwa latka skończyła dwa tygodnie temu. Być dziadkiem takich dziewuch, to szczęście nie do opisania.



          Wczoraj mieliśmy upał, a dziś od rana deszcz pada na całym Wybrzeżu. Coś ma swój początek i koniec. Ot, życie, co jak pogoda się plecie – raz ciepło jest zimą, raz zimno jest w lecie.  W przyszłym tygodniu słońce, a wraz z nim i ciepło ma wrócić. Już się na to cieszę i kombinuję, jak choć na chwilę wyrwać się tam, gdzie „tygrysy" – takie jak ja – lubią być najbardziej.



          Cieszę się także z tego, że na rynku ukazała się właśnie płyta Piotra Święcickiego, nagrana przez Tolka Murackiego (świetnego barda, niestrudzonego propagatora twórczości Jaromira Nohavicy i właściciela studia i firmy „Warsztat Antoniego"). Płyta nosi tytuł  „Piosenki mojego życia" i znalazły się na niej aż cztery piosenki mojego autorstwa.



Polecam tę płytę serdecznie. To nie jest przypadkowy zbiór różnych, jakoś tam ważnych dla wykonawcy piosenek. Płyta „Piosenki mojego życia" to swego rodzaju życiowa manifestacja wartości tkwiących w uczuciach i poglądach Piotra Święcickiego. Każdy z nas zapewne ma w swej pamięci piosenki, które ważne były na różnych etapach życiowej drogi, i które wskazywały i nazywały uczucia godne przeżycia i utrwalenia w pamięci. Takie uczucia, takie piosenki i związane z nimi doświadczenia każdy z nas nosi w sobie, ale Piotr Święcicki się wyróżnił. Bard postanowił te uczucia, nie tylko zebrać i nazwać, ale też w znakomitej formie słuchaczowi zaproponować do słuchania i przeżycia. Warto polubić te małe dzieła, bardzo dobrze zaśpiewane, zagrane i nagrane, bo mówią o czymś ważnym i istotnym, co jest ponad słowami, dźwiękami i myślami, z jakich składa się nasza codzienność. Wśród autorów  tej płyty słuchacz  odnajdzie utwory napisane przez Marię Jasnorzewską-Pawlikowską, Macieja Zembatego, Józefa Czechowicza, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Agnieszkę Osiecką czy Bogusława Nowickiego, a skomponowane m.in. przez Seweryna Krajewskiego, Adama Drąga, czy Elę Adamiak. Naprawdę warto.
Koniec.
08 czerwca, 2014

Najpierw było słowo...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:16
          Najpierw było słowo – wymieniane pocztą mailową z najbliższymi znajomymi, którzy także próbowali nadążyć za cywilizacyjnym postępem. Nasyciwszy się – dzięki temu cudownemu wynalazkowi, jakim jest Internet – wiadomościami rodzinnymi, zawodowymi, plotkarskimi i politycznymi, zaczęliśmy sobie rozsyłać maile z kawałami. Bywało, że otwierałem dziennie po pięć maili, w których znajdowało się kilkadziesiąt kawałów naraz. Zapamiętać choćby jeden, przy tej ilości puent, nie było sposobu. Początkowo, jak taki rozrywkowy listonosz, wszystkie te śmiesznostki rozsyłałem dalej. Cierpliwości i poczucia humoru niektórym jednak brakło i kończyło się prośbą, by im śmieciem różnorakim skrzynki nie zatykać. Postanowiłem więc, że te przesyłane mi śmiesznostki wysyłał będę tylko do tych, którzy mi je nadsyłają. Ponieważ lista przesyłających z czasem zrobiła się krótka, okazało się, że w kółko wysyłamy sobie wciąż te same kawały. Przestało być śmiesznie i choć do nikogo próśb i gróźb nie wysłałem, to jednak korespondencji pod tytułem „coś wesołego" już nie otwierałem.
          Mniej więcej w tym samym czasie jedna z moich uroczych przyjaciółek – taka, co to ją znam, znam i znam... – zapytała mnie, dlaczego nie założę sobie strony w Internecie, na której zbiorę do kupy – tak się wyraziła! – informacje o sobie, zdjęcia, piosenki, dyskografię, itp. Ktoś inny, kogo pytałem o zdanie w tej sprawie, podpowiedział, że warto przy okazji zakładania autorskiej strony pomyśleć też o blogu. – Blog, na którym co jakiś czas umieścisz wpis ze słowem od siebie sprawi, że strona ożywi się, zrobi się ciekawsza i będzie częściej odwiedzana. Podtrzymasz dzięki temu wiele znajomości, które z czasem (czyt. – z nudów) mogłyby się skończyć, a kto wie, czy się zapomniani starzy i nowi znajomi nie odnajdą?
          
Będzie już prawie dziewięć lat, jak zerkając z balkonu na miasto rozważałem chęci rozpisywania się w internecie.



          Do jesieni 2006 roku zeszło mi zastanawianie się, czy mi się chce, czy mi się nie chce. W końcu dzięki mojemu własnemu, bardzo skomplikowanemu wysiłkowi umysłowemu, strona powstała i jest. Przeczytałem kiedyś, że przeciętny blog żyje około trzech miesięcy, więc gdy wraz z moim blogiem obchodziłem pierwszą rocznicę istnienia „Codzienności" w Internecie, to zdało mi się, że jestem nadzwyczajnym rekordzistą.
          Mijały miesiące, lata, a ja wciąż – ku swojemu zdumieniu – miałem tu coś do napisania. Z czasem ta energia opadła z sił i choć liczba odwiedzający wciąż mnie zobowiązuje, to jednak życie robi swoje i teraz piszę coraz rzadziej. Słowo, choć było pierwsze i wciąż nie chce być ostatnim, nie pcha się już zbyt często  na afisz. Choć w życiu wydarzenia i zmiany wciąż mnie zaskakują i proszą się o pamięć, to jednak moja internetowa energia podążyła jakiś czas temu za innym wynalazkiem, zaniedbując blog.
          Facebook – to jest to, co po mailach, stronach internetowych i blogach stało się płaszczyzną, by nie rzec – stołem, przy którym zasiadają teraz moi bliżsi i dalsi znajomi. Z Facebooka dowiaduję się co u kogo piszczy w trawie i to Facebook zastępuje mi gazetę, informuje o pogodzie, rekomenduje książki i zaśmieca głowę setkami nieważnych wydarzeń. Choć czasem męczy byle czym, jest potrzebny, bo najpierw jest słowo, a potem jego wartość.
          By ze słowa wyłuskać wartość, to słowo to należy poznać. Jakże byłem zdumiony wczoraj, gdy na wspomnianym już balkonie spostrzegłem moją straszą wnuczkę Igę, która z przejęciem wertowała książkę, chcąc coś z niej wyłuskać.

Iga

Reakcje na słowo, rysunek i dźwięk (książka wydawała też odgłosy) były różne.
Takie...

Iga

I takie...



Widoczna w oczach Igi filozoficzna zaduma sprawiła, że ucieszyłem się, iż młodsza Maja...

Maja

... ma jeszcze przynajmniej rok na takie zamyślenia.

Maja

A na razie, zanim się Maja zorientuje, że pierwsze było słowo, niech odkrywa prawdę, że nim człowiek cokolwiek nazwał, to najpierw to narysował. 

Maja

Kończę i pozdrawiam wszystkich z ciepłej dzisiaj i słonecznej Gdyni, która po aferze z bezsensownym lotniskiem obraz ma taki, że brakuje mu tylko bąbelków z wody sodowej i mydlanych baniek. Oto my, Gdynia i bańki:

Waldek Iga Gdynia i bańki

Do przeczytania :)
02 maja, 2014

Pejzaże, pejzaże...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:09
          Późną jesienią ubiegłego roku, goszcząc w Matytach u Doroty Paśko-Sawczyńskiej i jej męża Jacka Sawczyńskiego na ich spóźnionych imieninach, poznałem - jak to u nich - nietuzinkowego człowieka. Gadało nam się dobrze, a kolejne toasty szybko zbliżały nas do siebie. Także nasze poglądy na życie i przeżycie okazały się zbieżne. Tadeusz jest żeglarzem, szkutnikiem, podróżnikiem, amatorem harleyów - davidsonów i przedsiębiorcą w jednym. Na dodatek gra i śpiewa. W  zamian za płytę otrzymałem od Tadeusza Śwista wizytówkę i zaproszenie do mariny "Skarbek" w Iławie, której jest właścicielem.

przystań Skarbek w Iławie

Ledwie się wiosna zaczęła przeglądać w pierwszej ładnej pogodzie, a mnie już coś ciągnęło do tych wód niebieskich, do brzegów zielonych, do pól i łąk okrytych słońcem rozmaitym. Prognoza długoterminowa zapowiadała, że po świętach wielkanocnych temperatura przekroczy 20 stopni Celsjusza i będzie niewielkie zachmurzenie. Nie czekając na bardziej dokładne prognozy zadzwoniłem do Tadeusza, który zapewnił mnie, że choć do sezonu zostało jeszcze kilka dni, mogę śmiało przyjechać - łódka będzie czekać.
          Asia nie bardzo wierzyła w prognozę, zadzwoniłem więc do swego starego druha od żaglowania - Leszka Szczechuli, który bez zastanawiania się, od razu zaakceptował mój pomysł przywitania wiosny pod żaglami. Umówionego dnia stawiliśmy się w "Skarbku", gdzie czekał na nas s/y "Neverin" . Późnym popołudniem, po zaopatrzeniu i sklarowaniu łódki ruszyliśmy w kierunku Widłąga.

Jeziorak

Nie będę się zbytnio rozpisywał o tym jak żeglowaliśmy, bo te kilka zdjęć powyżej i poniżej opowie więcej. Dodam tylko, że nasza kilkudniowa wyprawa udała się bardzo - był wiatr, było słońce, było gorąco i było pięknie. Zadowolony jestem pewnie też dlatego, że przez te kilka dni na Jezioraku spotkaliśmy tylko kilka jachtów...

Samotny biały żagiel na Jezioraku

... a bywało że na całym jeziorze byliśmy tylko my. 
Jak zawsze, gdy zobaczyłem wejście na Widłąg wzruszyłem się do łez.. Ech,Widłąg, ech... życie moje...

Wejście na Widłąg

Nasz pierwszy wieczór na Widłągu był pastelowy. Uroczy i ciepły, nieco przydymiony. Kolacja i rozmowy przy ognisku, i wspomnienia...
Na Widłągu pierwszy raz byłem jako sześcioletnie dziecię. Potem wracałem tam z rodzicami każdego roku, aż do... założenia własnej rodziny. Wróciłem po piętnastu latach i od tamtej pory, co jakiś czas staram się tam wciąż wracać.

wieczór na Widłągu

Następnego dnia rano Widłąg przywitał nas swoją pełną krasą...

Widłąg

... a Jeziorak przyjemną, żeglarską pogodą.

Leszek

W drodze do Siemian wiało już całkiem nieźle. Po południu zaś flauta znowu rozkosznie rozścieliła się od brzegu do brzegu.

jeziorak

W kolejne dni raz wiało, raz nie, ale nam to w niczym nie przeszkadzało...

Waldek Chyliński na Jezioraku

... i jak postanowiliśmy odwiedzić Matyty, tak odwiedziliśmy, choć to kawałek drogi.
Dorotę i Jacka zastaliśmy przy pracy. Jacek szykował gospodarstwo na przyjęcie gości i letników, a Dorota w tym czasie szkoliła córkę Asię w układaniu konia.

Dorota i Asia w Matytach 

Piątego dnia przyszedł czas na pożegnanie. Na Lecha czekał w Pile remont łódki klasy Pirat, a ja chciałem zdążyć na wernisaż Misi Kondratowicz. Wróciliśmy więc do Iławy. Najpiękniej jak umieliśmy podziękowaliśmy Tadeuszowi za "Neverina"...

Neverin

... i ruszyliśmy w nasze drogi powrotne do domów wierząc, że do przyjaznej mariny "Skarbek" i jej niezwykłego szefa wrócimy szybko.
Żegnając pejzaże Jezioraka wiedziałem, że niebawem nasycę oczy pejzażami Marii Kondratowicz.
          Maria "Miśka" Kondratowicz ukończyła architekturę na Politechnice Gdańskiej i malarstwo na ASP w Poznaniu. Znam Misię od dawien, dawna, od 1971 roku. Poznałem ją jako śpiewającą członkinię studenckiej grupy "Kaszuby" na pierwszej Bazunie. Razem pomagaliśmy Eli Adamiak nagrywać w studio P.G. jej pierwsze piosenki, wśród których były i te mojego autorstwa. Razem śpiewaliśmy w chórku sławnej piosenki Eli "Jesienna zaduma". Z sympatią słuchałem Misi na licznych koncertach, gdy towarzyszyła Stasiowi Wawrykiewiczowi. Byłem też w domu Misi, we Wrzeszczu przy Grunwaldzkiej, tamtego wieczoru, kiedy powstał zespół Jurka Filara i Jacka Cygana - "Nasza Basia Kochana", w którym Miśka miała swój ważny udział.  I wiem jak i skąd wzięła się ta nazwa.
          Jakiś czas temu Jacek Cygan wpadł na pomysł, by zorganizować wystawę obrazów, które Misia namalowała inspirując się piosenkami. Jak wymyślił, tak i zrobił. Kilka dni temu, 29 kwietnia w klubie Winda w Gdańsku odbył się wernisaż i koncert.

okładka katalogu

We wtorek wieczorem cudownej urody pejzaże pędzla Miśki otoczyły piosenki, które były przyczyną powstania obrazów. Sławny w Gdańsku klub Winda wypełniony był tego dnia po brzegi. Tylko dzięki uprzejmości Kasi Burakowskiej - szefowej klubu, znalazło się dla mnie miejsce w sali koncertowej. Bardzo chciałem być na tym śpiewającym wernisażu, gdyż jeden z obrazów namalowany został po wysłuchaniu piosenki, której tekst wyszedł spod mojego pióra - "Biegnę w pole"


          
Niestety, z powodu choroby Ela Adamiak nie dotarła do Gdańska. Szkoda, bo lata całe nie słyszałem tej piosenki. Dotarł za to Jurek Filar, który wraz z Misią i Jackiem Cyganem zaśpiewali piosenki "Naszej Basi Kochanej"

Nasza Basia Kochana

Dotarł Jan "Mufka" Błyszczak i zaśpiewał piosenkę "Zegar", a także "Jezioro"



Dotarła też Wolna Grupa Bukowina, przy której występie publika rozczuliła się do reszty i wydawać się mogło, że czas, tak jak pejzaż wg. Modiglianiego - po prostu nie istnieje.

Wolna Grupa Bukowina

Cudowny, pełen dobrych uczuć wieczór zakończył się sprzedażą obrazów.



Gdy wychodziłem z klubu usłyszałem, że z kilkudziesięciu obrazów wystawionych na wernisażu niesprzedane zostały tylko trzy. A więc sukces!
          Za pejzaże Jezioraka i pejzaże Marii Kondratowicz, za pejzaże w piosenkach Wojtka Belona i Mufki, za klimaty w tekstach Jacka Cygana i za uśmiech Jurka Filara wdzięczny dzisiaj jestem losowi, który pozwolił mi tej wiosny przeżyć taki piękny czas. Dzięki.

PS
Już po opublikowaniu powyższych wrażeń,od znanego podróżnika Michała Kochańczyka dostałem kilka jego zdjęć z wernisażu.

Barbara Covellin i Waldemar Chyliński

Między innymi to, na którym jestem z dawno niewidzianą  Barbarą Covellin. Basia, która mieszka w Szwecji jest od czasów studenckich bardzo serdeczną przyjaciółką Misi i wielu, wielu naszych wspólnych znajomych. Zadurzyłem się kiedyś w Basi, ale to było tak dawno, że chyba tylko ja to jeszcze pamiętam i piosenka "Na poduszkach moich dłoni". 

STARSZE WPISY